
Długo, długo było tutaj pusto. Mam za sobą po prostu bardzo trudny semester, wypełniony nadmiarową ilością dydaktyki, zapoznaniem się z miłą kardiolożką i kilkoma procedurami medycznymi. Ostatnie miesiące były też wypełnione pisaniem (jednak!), projektami artystycznymi (jednak!), mentorowaniem w programie NCN, redagowaniem dwóch czasopism. W jednym jestem redaktorką naczelną, w drugim – służę jako Managing Editor, co oznacza naprawdę sporo pracy. Jest to jednak praca, którą coraz bardziej sobie cenię. Bardzo przypomina permakulturowe ogrodowanie. Zupełnie się nie liczy w żadnych akademickich rankingach, bibliometrycznym szaleństwie ani ewaluacji. Daje za to rzecz bezcenną: szansę współ-myślenia z innymi, kultywowania tego, co chce organicznie się rozwijać, przyglądania się rozmaitym uskokom, ruchom tektonicznym, sprawdzania, jak w biurokratycznym betonie można wyhodować coś, co urośnie i oglądać, jak więdnie, zapada się w ziemię i staje się kompostem. Kiedyś opiszę te mrożące krew w żyłach przygody.
W międzyczasie dźwigałam czasem do domu torbę wyładowaną książkami. Napisanymi nie przeze mnie. Książkami, które do mnie dotarły dzięki szczodrobliwości i hojności osób autorskich (na focie tylko niewielki fragment tego ładunku) – i w których mam też czasem jakiś niewielki udział, mniej czy bardziej sformalizowany. Z Ewą Majewską i Izabelą Kowalczyk od lat łączą nas trajektorie współmyślenia, które meandrują, schodzą się i rozchodzą, ale zawsze są – prędzej czy później – generatywne. Owocują. Nie zawsze są to zależności do szybkiego wyłapania, czasem dopiero po fakcie (napisania czegoś) zdaję sobie sprawę, że znowu w gruncie rzeczy piszę o “słabym oporze” i “sile bezsilnych” – już nie tyle za Michelem De Certeau, ale za Ewą Majewską i Vaclavem Havlem. Książka Eli Kowalskiej jest całkowicie pionierska dla polskiej geografii humanistycznej i humanistyki przestrzennej, i miałam wielką przyjemność recenzować doktorat, na podstawie którego ta książka powstała (a fragment recenzji zawędrował na okładkę). Tego spotkania nie byłoby, gdyby nie HAT Center i Agnieszka Jelewska (promotorka doktoratu) oraz Michał Krawczak, którzy właśnie wydali dwie znakomite książki: Nuclear Gaia. Media Archives of Planetary Harm (Intellect 2025) oraz Exposing Violence. Media Practices and Aesthetics of Radical Truth (MIT Press 2026, w dodatku w otwartym dostępie). Nasze rozmowy przy niejednym stole w kilku miejscach świata zyskały nową odsłonę (niektóre z nich mają bardziej namacalny wymiar, jak zbiór Postcollectivity. Situated Knowledge and Practice (Brill 2024). To tylko mały wycinek z gęstej tkanki, którą tkam jako akademiczka, osoba myśląca i żyjąca tu i teraz.
Niektóre sploty tej tkanki mają bardziej akademicko sformalizowany wymiar: recenzowanie. Ono także nie liczy się w ewaluacyjnych hierarchiach. Dla mnie jest zawsze okazją do pośredniej rozmowy (bywa, że niełatwej) z autorami tekstów, ale też do pracy z własnymi uprzedzeniami, brakami warsztatu, utratą świeżości spojrzenia, osadzeniem w tym, co wydaje mi się ugruntowane i wystarczające. Dlatego chętnie podejmuję się recenzowania, choć nie ma ono żadnego znaczenia dla rubryk arkusza kalkulacyjnego z akademickimi osiągnięciami tłumaczonymi na ilości punktów.
Podobnie, jak wiele czynności, które w tej pracy wykonujemy. Tak się składa, że te czynności najczęściej mieszczą się w sferze, którą określiłabym tworzeniem gleby do wzrostu dla siebie/innych. Uciekam ostatnio od określenia “etyki troski”, bo niesproblemtyzowana może reprodukować relacje upłciowionej hierarchii (cieszę się, że będzie okazja, żeby o tym w maju podyskutować podczas spotkania wokół książki Izy Kowalczyk w krakowskim MOCAKU). Poświęcę jeszcze odrobinę uwagi temu “dla siebie/innych”. Otóż język wymusza na mnie rozdzielenie czegoś, co jest znacznie mocniej powiązane niż chcemy myśleć, zwłaszcza w akademii – czy to widzimy, czy nie, zawsze zależymy tutaj od przeplotów z innymi (od osób utrzymujących naszą podstawową bazę życiową i infrastrukturę, czyli sprzątają, gotują, pilnują i wypełniają rubryki po osoby studenckie, koleżeńskie i zarządzające całym tym teatrum). To, co splecione, ulega sztucznemu rozdzieleniu (zapożyczam się u Latoura, oczywiście) na poziomie języka i dyskursu. Zwłaszcza w akademii poddanej dyktatowi “planowania kariery akademickiej”, a później jej “hodowania” – do tego jesteśmy nieustannie zachęcani i przymuszani.. “Hodowania” jako praktyki kompletnie abstrakcyjnej i wyjętej z kontekstu życia: na wzór tego, co jeden z “twórców AI” ujął w taki oto sposób: “Praca z AI to bardziej hodowanie nowej formy życia: ustawiasz warunki, jak ogrodnik odmierzający wodę, światło, nawóz, a potem obserwujesz, jak roślinka rośnie — czasem przepięknie, czasem w nieprzewidzianą stronę”. (O całym kompleksie AI-akademia i koniecznosci krytycznego AI będzie oddzielnie, napisało się artykuł, który lada moment się ukaże – w otwartym dostępie. O prawdziwym otwartym dostępie też będzie oddzielnie).
W realnym życiu tak to nie działa. Takie “hodowanie” jest wzięte z wąsko definiowanej cyberagrologistyki (nowoczesnego rolnictwa naszpikowanego sensorami i zarządzanego coraz częściej za pomocą modułów AI – tworząc to pojęcie, zapożyczam się tym razem w Ciemnej ekologii Mortona oczywiście), nie z praktyki, w której wspieramy procesy życiowe dbając o sprzyjanie różnorodności i balansując ją z osiąganiem swoich zamierzeń. Kariera akademicka tak, jak jest obecnie definiowana, mikro-, mezo- i makrozarządzana (przez Ministerstwo, ale także na poziomie uniwersytetów, wydziałów – a często także środowiskowych przekonań i wyobrażeń), wpisuje się raczej w ten pierwszy, cyberagrologistyczny model. Ten model może wyglądać uwodząco, kryją się za nim prestiżowe rankingi, prestiżowe ośrodki akademickie i fundusze:

Czy redagując, recenzując i mentorując jestem “produktywna”? Czy hoduję swoją karierę? Raczej nie. Raczej wprost przeciwnie. Zajmuję się tym, co dla mnie znacznie ważniejsze: tworzeniem środowiska życia, wzrostu i dbania o przestrzeń dla różnorodności. Tak się składa, że ten skrajnie “produktywistyczny” model kariery akademickiej świetnie wpisuje się w neoliberalne i nader patriarchalne modele władzy – oraz służy im za oparcie.
Chcę innego uniwersytetu i nie chcę “kariery”, która rozgrywa się jak “hodowanie nowej formy życia” w środowisku tworzonym na wzór cyberagrologistyczny, w warunkach upraw hydroponicznych, w nadziei na to, że technokratyczne procedury geoinżynierii pomogą nam w katastrofie ekologicznej. Rozmawiałyśmy niedawno o tym z Zofią Łapniewską i Ewą Majewską, a rozmowa już niebawem zamieni się w publikację. Niepunktowaną. Stay tuned. Bądź generatywnx, nie produktywnx.