
(fot. Natasza Margańska, jedna ze stażystek Biotopu Lechnica, z sezonu 2026).
Letnie miesiące upływają mi głównie na splataniu. Splatanie znacząco zmienia perspektywę na wiele spraw, stopniowo dostraja postrzeganie, rozumienie i motywację. Z czasem zaczynam dostrzegać, jak rośnie odległość od tego, co uważa się za normę, od tych wszystkich habitusów codziennego funkcjonowania w neoliberalnych systemach wypełnionych transakcyjnością, projektowością, doraźnością, osiami czasu, które nie mają żadnego ugruntowania, nie meandrują i nie mają żadnego ujścia. Są tylko prostymi liniami na ekranie (bo napisać “na papierze” byłoby przywołaniem relacyjności, która w zasadzie przestaje istnieć na naszych oczach).
Jeden potężny splot to Biotop Lechnica – Matecznik Nie-Tylko-Ludzki, który zaczęliśmy splatać 12 lat temu w niewielkiej wsi na słowackim Zamagurzu, tuż nad Havką, w zasięgu Dunajca (rzeki transgranicznej). To nie przypadek, że przywołuję tutaj przedrostek “trans”, który oznacza ruch ponad granicami – najczęściej arbitralnymi, kreślonymi ludzką ręką w poczuciu, że w ten sposób daje się opanować wymykającą się regułom obfitość życia. Wbrew pozorom i wbrew wielu narracjom, które nieodwołalnie łączą zakorzenienie z umiejscowieniem i nieruchomością, wszystko tutaj jest o ruchu. Włącznie z domami zbudowanymi na czynnym osuwisku (a pierwszy z nich, typowa dla regionu drevenica, ma historię sięgającą przynajmniej 150 lat). Fundamenty tych domów są bardzo nietypowe, wręcz pozostają w sprzeczności ze zmitologizowaną wersją “opoki”. Niewielkie budynki opierają się na dosyć luźnej, stosunkowo mobilnej strukturze kamiennej, która jest responsywna wobec (niewyczuwalnych w ludzkiej skali) ruchów górotworu, czasem dramatycznego spływu wody, specyficznej gleby, której natura i zachowanie nie przystaje do podręcznikowych opisów. No więc wszystko tutaj jest o ruchu, także poruszaniu się między skalami czasowymi: między czasem głębokim, czasem cyrkularnym i czasem katastrofy. Ten ostatni może być właściwie odmianą czasu geologicznego, jak pisze Noah Heringman w niezwykle mnie zajmującej książce Deep Time. A Literary History, którą czytam po field recordingowej wizycie w Bełchatowie – o czym więcej innym razem.
Nie zawsze uczestniczę w tym splataniu na miejscu (materialność to coś więcej / inaczej niż fizyczność), bo splatanie polega na tym, że te wiązki działają, jak podziemna rzeka: w różnych miejscach i o różnych porach oferują coś w rodzaju tonu, który nadaje zamiarom i działaniom nieoczekiwanej precyzji, czasem zanim swoją drogę odnajdzie to, co dyskursywne. Nic dziwnego: porusza się wolniej, przebijając się przez uwarstwienia i sedymentacje języka, bardziej podatne na rozmaite, bardzo złożone procesy filtrowania.
To potężne splatanie jest przede wszystkim splataniem z Miejscem. Na różnych poziomach i w różnych skalach. Od początku było jasne, że ma to być Miejsce społeczne i wspólnotowe, z czasem stało się przede wszystkim miejscem głębokiego uczenia (się) (od) wszystkich tutejszych sprawczości. Nie jesteśmy sprawczością ani jedyną, ani nawet najważniejszą.
Tym, co odróżnia je od innych kontekstów uczenia się (wzdragam się przed użyciem określenia “edukacja”, tak dalece zostało ono opróżnione ze znaczenia) jest to, że nie polega na transakcyjności, tylko na splataniu. Nie tylko jest tutaj zatem miejsce na niepewność i miejsca puste w “wiedzeniu”, ale wręcz kultywujemy taki obowiązek. Zanim można dotrzeć do wiedzy, trzeba wytrwać w miejscu z niej opróżnionym, w zawieszeniu, niepewności, otwartości na zranienie (głównie własnego ego). Nie tylko istnieje przyzwolenie na porażkę, ale wręcz obowiązek dostrzeżenia porażki i zintegrowania całej niewygody tego momentu i rozlicznych jego rezonansów. Musi być też miejsce na inne porządki czasowe, niż te, do których przyzwyczaiły nas modele edukacji oparte na arbitralnych jednostkach czasu: semestrze, roku, iluś-tam-latach-szkoły różnych stopni. I wakacjach. Opartych na oddzieleniu czasu uczenia (się) od całej “reszty” życia. Tutaj tak to nie działa. Tutaj to działa inaczej. Tutaj czas uczenia (się) jest niewiadomy i wymaga zaufania do procesu. I dokładnie ten element: zaufanie do procesu (co oznacza wyzbycie się kontroli) jest przeciwieństwem większości modeli edukacyjnych.
Dlatego staże/rezydencje w Biotopie Lechnica nie są typowymi stażami. Spotykają się tutaj osoby z bardzo różnych domen: architektki z doktorantkami pracującymi nad projektami humanistyki środowiskowej; czy osoby kuratorskie i artystyczne z osobami studiującymi ochronę bioróżnorodności. Wszyscy zaś spotykają się z wieloma bardzo lokalnymi sojusznikami Miejsca. Mieszają się języki i dialekty, jak to w miejscu “trans”.
Staże w ramach naszego programu Exploratorium nie polegają na iluś tam godzinach pracy w zamian za możliwość pobytu (to dosyć częste nieporozumienie). Polegają na byciu tu-i-teraz, na znalezieniu gotowości do splatania (się) z miejscem, na gotowości do oddalenia tej części siebie, która “wie”. Często towarzyszy jej paniczny, lękowy odruch utwardzenia wobec sytuacji, w których konfrontujemy się z pomyłką, porażką, fakapem – to zrozumiałe, bo tego uczą modele edukacji, jakie znamy. Bez oddalenia na moment tej części siebie, które “wie”, nie ma żadnej nauki. I to dotyczy wszystkich uczących (się), po obu stronach kolejnej arbitralnej, umownej linii, która oddziela “uczących” od “nauczanych”. To truizm, bo te role są wymienne i bardzo kontekstowe, a więc są także realne – z jednym zastrzeżeniem: o ile wchodzą w nie ludzie. Miejsce zawsze wie najlepiej.